Zaczęłam kilka dni temu.
Tak staram się szyć. Strój średniowieczny. Tak mniej więcej 1390-1420. Póki co chłopka. Może jak skończę starczy mi sił by wziąć się za mieszczkę.
Po ludzku mój strój zaczynam od giezła.
Z kolekcją sprzętu typu prześcieradła i zasłonki bawełniane, nici białe ze szmateksu, zestaw najtańszych igieł i z prawdziwego zdarzenia nożyce krawieckie wzięłam się do roboty. Trza dać ludziom przykład.
Zrobiłam wykrój, pocięłam zasłonę na kawałki. No i pierwszy zonk. Chciałam pokombinować i przekombinowałam. Zamiast wykrajać cztery kliny, musiałam zrobić sześć i wywalić dwa. Pierwsza uwaga. Słuchać ludzi mądrych i brać przykład z tylko jednego wykroju przy konkretnej części stroju.
Siedziałam masę godzin. Całe szczęście nie zmarnowałam jakiejś kosmicznej ilości materiału. Pocięłam drugą zasłonkę. Mój fart w tym, że była identyczna. Giezło będzie przynajmniej z tego samego materiału. I tak siadłam. Dwa prostokąty cztery trójkąty. Wycięłam otwory na głowę. Krzywo. Obszyłam dekolt. Głupio zaczęłam od przodu. No i tył mam ładniejszy. Minęło kilka godzin. Koniec. I tak mnie już ręce bolały.
Potem nie mogłam spać w nocy. Zasnęłam koło pierwszej, obudziłam się o piątej.
Około siódmej dnia następnego zaczęłam szyć. Zszyłam dwa największe kawałki w coś co już mogę założyć, a potem doszyłam klin z przodu. Na samym klinie zeszło mi z trzy godziny, więc mało mnie szlag nie trafił. Rzuciłam wszystko i nie dotykałam przez dwa dni.
I wczoraj znów mnie wzięło. Ochłonęłam i z nową ochotą zabrałam się za moje giezło. Z olbrzymią pomocą Pawła ukończyłam dwa rękawy i wczasie, gdy Payo je doszywał ja skleciłam całkiem zgrabny fartuszek. Zgrabny przynajmniej jak na pierwszy w życiu.
I oto jest! Coś co mogę założyć i mimo, że jeszcze kilka godzin pracy zostało, już zadowala mnie efekt. Dumnie wisi na żyrandolu i czeka na wszycie klinów.
komentarze (1) | dodaj komentarz